poniedziałek, 12 sierpnia 2013

po góralsku

Pozwoliłam sobie na kilka dni bez pisania. Zresztą i tak nie miałam warunków a dzisiaj zmobilizowała mnie do jakiejś akcji masa zdjęć do przeglądnięcia, przebrania i wyczyszczenia karty w aparacie.
Ku mojej rozpaczy wiele zdjęć jest aż tak nieostrych, że nie nadają się do niczego. Pozwolę sobie to zwalić na pogodę i światło, czemu nie, to dość oczywisty powód w podniebnej krainie.
Pogoda faktycznie nie rozpieszcza, oprócz chłodu mamy ostatnio prawie wszystkie rodzaje deszczu - za wyjątkiem bardzo silnych opadów. Ćwiczę więc suszenie prania między opadami i delektuję każdym przebłyskiem słońca.
Zaczynam od krótkiego etno wstępu a coś na ząb znajdzie się na końcu wpisu ( dla tych , którzy przetrwają).


Jak wspominałam wcześniej w podniebnej krainie odbywało się doroczne widowisko, którego nazwę trudno dokładnie przełożyć na język polski ( może nawet nie powinno się tego robić ). Jest to coroczna celebracja dziedzictwa kultury celtyckiej i gaelickiej. Niektóre elementy zawodów stały się tak popularne, że uznawane są jako symbole właściwe dla całego kraju ( kilty, dudy, czy przerzucanie ciężkich i wysokich drewnianych pali). Choć koncentruje się na konkurencjach muzycznych, tanecznych, ciężkiej i lekkiej atletyce  przedstawia również inne aspekty kultury tradycyjnej.
Według legendy, historia Highlands Games rozpoczęła się kiedy  król Malcolm III w XI w. wezwał zawodników do wyścigu na szczyt góry Craig Choinnich, zwycięzca miał zostać w nagrodę królewskim posłańcem.

Typowe konkurencje to przerzucanie ciężkiego sosnowego pala,





ciskanie kamieniem ( dwoma technikami ),



 ciskanie młotem, rzucanie ciężarkiem,


 ciskanie snopem, biegi czy przeciąganie liny.

Z konkurencji muzycznych najpopularniejszy jest pojedynek zespołów dudziarskich (czasami również akordeonistów i harfistów) , odbywający się  zazwyczaj w pierwszy dzień a ich przemarsz drugiego dnia wieńczy całe zawody.






Tradycyjne tańce miały swój początek w tańcach odbywanych przez wojowników po bitwach, tańczonych  przez dwa miecze ( pokonanego i zwycięzcy ) i miała to być prezentacja siły, kolejny rodzaj tańca przedstawiał walkę i przedstawiał  zwycięstwo.



Co mnie zadziwia każdego roku to fakt, że mimo padających deszczy na sam czas zawodów  opady ustają, jakby istniała jakaś odwieczna umowa i na ten czas robi się pogodnie.





A co na ząb ? Ponieważ czasu mam chwilowo mniej nie stawiam na  wyszukane pozycje w korytku. Pewno nie miałabym się czym pochwalić gdyby nie chęć urozmaicenia dania z falafelami. Tym razem zrobiłam trzy różne dipy, czyli sosy na zimno.

Miętowy z 1/2 białego jogurtu,  miałam do dyspozycji alpro i co mnie niepokoiło jest on dosładzany ale wpasował się znakomicie , 1/2 tartego zielonego ogórka , 2 ząbków czosnku i 8 listków świeżej mięty.
Tahini z 5 łyżek pasty sezamowej i soku z całej cytryny, soli i pieprzu
Paprykowy z 1/2 białego jogurtu, suszonej czerwonej papryki i mieszanki hot chilli .

 Gotowe falafele czekające na smażenie

Od góry dip paprykowy, lewy dolny to dip tahini a po prawej stronie miętowy.





Całość podana była z brązowym ryżem  posypanym mielonymi orzechami i nasionami.



Dzisiaj zadziałałam jak z restauracyjnej karty. Do wyboru były trzy zupy, każda wegańska. U góry barszcz  na domowym zakwasie- dla mnie i wybrana przez najmłodszą korytkowiczkę oraz dwie "glutenowe" - domowy żur oraz tradycyjna lokalna zupa scotch broth z mieszanki strączków ( żółty groch, czerwona soczewica i zielony groszek) z kaszą jęczmienną.

Niespodzianką ostatnich dni było oficjalne wzięcie udziału w akcji Weganizm. Spróbujesz ? Zadziwiająca liczba odsłon korytka ! Czyli korytko poszło w świat . W ramach celebracji, jakby nie było, sukcesu, postanowiłam w przyszłości znaleźć jakieś  ciekawe naczynia do prezentacji potraw ( ta myśl wręcz mnie nękała kiedy nakładałam dipy do filiżanek ).

Brak komentarzy: